Początek był prosty jak zwykle – byłem zbyt zmęczony, by spokojnie zasnąć.. oglądałem coś na BBC i trafiłem reklamę Territorial Army.. dokładnie na program treningowy przygotowujący do rekrutacji – było to w czasach IV RP, gdy za mniejsze rzeczy dostawało się zarzuty o szpiegostwo.. pomyślałem jednak, że skoro nie zmieniłem kanału podczas reklamy to i tak już mnie mają.. jeśli się nie boisz to program jest tu ..szykuj się na czapę zdrajco! Warto też przeczytać też ogólne info..
Program jest umiarkowanie intensywny, jeśli potrafisz poruszyć dwoma częściami ciała jednocześnie i nie dostać zadyszki.. to żaden wstyd.. dieta kawowo-nadgodzinowa sprawia, że ja dostaję.. no dobra, to jest wstyd..
Od tej pory, gdy nie mogłem spać, biegałem w nocy po Parku Szczęśliwickim..
Po kilku tygodniach pobiegłem 40minut (bez przerwy) i przebiegłem 10 kilometrów.. i czułem, że jest zajebiście.. że nareszcie znalazłem zajęcie, które sprawia mi radochę i nie wiąże się z żaden sposób z zarabianiem kasy.. pomyślałem wtedy, że mógłbym się dogadać z ziomem, który produkował napoje energetyczne na sponsoring i pojechać na Jamajkę, żeby wystartować w IronMan’ie.. zrobić wreszcie coś, co chciałem zrobić zawsze.. tyle było robienia czegoś nie myśląc o tym, jak przekuć to w biznes..
Jakiś czas wszystkie ważne dla mnie rzeczy układały się dwutorowo.. jedne świetnie.. inne fatalnie.. skończyło się tak, że wróciłem na yellonky i próbowałem jakoś dopasować te dwa tory do siebie.. chociaż wszystko co robiłem zmierzało w odwrotnym kierunku..
Gdzieś tam zawsze siedziała we mnie myśl, żeby wystartować w IronMan’ie lub chociaż pobiec w maratonie.. jeśli maraton to na pewno pierwszy w Warszawie.. ostatni rok nie sprzyjał jednak przygotowaniom.. po przerwaniu akcji #iwillrunamarathon i przejściu na forex nie było czasu na nic.. w tym nie było lepiej.. jednak jeśli nie teraz to kiedy? ..więc właśnie.. teraz..
Do maratonu zostało niecałe 100 dni.. najwyższy czas ruszyć z przygotowaniami.. kondycja i stawy są w takiej formie, że pewnie nie będzie już lepiej.. ale `nic-to`..
Plan był prosty: 20 minut biegu, 2 minuty marszu.. oszczędzanie kolan przede wszystkim.. odnowiona kontuzja w zeszłym roku zamknęła temat dwa miesiące przed startem..
A teraz jak było..
Wieczór przed startem po pierwszym meczu i czterech browarach powiedziałem, że nie mogę się dziś skatować, bo jutro bieg ..i muszę się tam dostać samochodem.. jednak trochę się skatowałem.. w sobotni poranek ze strasznym kacem postanowiłem, że jednak się nie wycofam ..z pomocą Ukochanej dotarłem na start i zapisałem się..
Podczas rozgrzewki traciłem oddech i myślałem, że głupio by było jeszcze przed startem się wyjebać.. próbowałem wolniej.. pomyślałem, że `nie dam się wkręcić w chorą manię rywalizacji` :D i w zasadzie to zdanie było wystarczającym osiągnięciem jak na ten dzień.. ale to jeszcze nie był koniec..
Spokojny spacer na miejsce startu.. rozciąganie.. rozgrzewka.. i wreszcie ruszamy.. tempo na początek ok.. kręci mi się w głowie, ale myślę, że dam radę.. wtedy nagle peleton przekroczył linię startu i zaczął biec.. oszfak!
Cały czas powtarzałem sobie, żeby się nie dać wkręcić.. żeby pamiętać o planie.. biegłem 20 minut.. i zacząłem iść.. w dwie minuty wyprzedziła mnie połowa ludzi, których minąłem od startu.. biegłem dalej.. po 10 kolejnych minutach wróciłem do marszu.. później biegłem w rytmie 2 minuty biegu.. 1 odzyskiwania przytomności w marszu.. itd.
Najpierw wyprzedzili mnie wszyscy.. później wyprzedził mnie jeszcze gość, który wyglądał jakby przeżył sześć zawałów.. później gość, który wyglądał jakby właśnie miał zawał.. gdy mijał mnie drugi raz na jego ramionach wisiał ratownik i prowadził reanimację.. spojrzałem zazdrosnym okiem na kroplówkę ale ratownik ze strzykawką w zębach syknął do nie nie możemy się wkuć, bo opary twojej krwi mogą wywołać zapłon.. biegłem dalej.. mój odwodniony, pozbawiony cukru i przećpany hiperwentylacją mózg zaczął odpływać..
Maszerowałem spoglądając za siebie i starając się utrzymać dystans przed goniącym mnie peletonem (bieg był na pięciokilometrowej pętli, którą pokonywaliśmy trzy razy).. kiedy znów wszyscy mnie wyprzedzili trochę odetchnąłem i mogłem zwolnić.. wtedy wyprzedziło mnie dwóch złomiarzy, którzy nieśli kiosk.. chwilę po nich doszło mnie dwóch żołnierzy, którzy pchali czołg.. walczyłem z nimi chwilę ale opadłem z sił gdy usłyszałem dialog..
.. byłoby chyba szybciej gdyby gąsienice się obracały
- to chyba bez znaczenia – i tak go pchamy bokiem
..na drugiej pętli zdyskwalifikowano drugiego zawałowca za brak pulsu na pomiarze międzyczasu – protestował ..tymczasem ja zastanawiałem się co mógłbym zrobić, żeby nie być ostatni.. pierwsza moja myśl była świetna – chociaż nierealna – bo wymagała, żebym kogoś dogonił.. oczywiście nie po to, żeby utrzymać przewagę tylko ukraść mu numer startowy i przypiąć go ukradkiem jakiemuś spacerowiczowi, który szedłby w przeciwną stronę – istniałaby więc szansa, że jeśli dziś nie zawróci to może dotrze na metę po mnie.. jednak jedyny spacerowicz jakiego spotkałem dokarmiał mrówki.. tak MRÓWKI.. tak.. tak.. TAK! DOKARMIAŁ! ..wyglądał zbyt normalnie jak na biegacza.. był mało wiarygodny..
Opadałem z sił.. wyprzedzały mnie pachołki oznaczające zakręty.. wolontariusze wskazujący drogę ..i PRZYSIĘGAM! DRZEWA! ..nawet te powalone.. robiło się ciemno.. biegłem coraz wolniej .. ziemia pode mną zaczynała się cofać.. liście żółkły i opadały w zawrotnym tempie.. w miejscu gdzie była meta kończyła się budowa nowego osiedla.. zostało już tylko jedno okrążenie.. przyspieszyłem..
Za pierwszym zakrętem zobaczyłem konających biegaczy błagających o szybszą i mniej bolesną śmierć.. czołgali się jednak szybciej ode mnie.. nawet ci wielokrotnie postrzeleni z pistoletu startowego.. w ciemnościach błyskały kolejne wystrzały i cichły pojękiwania..
Gdy zaczęło świtać zastanawiałem się, czy nie przegapiłem Wigilii.. biegłem w głębokim śniegu.. ludzie wskazujący drogę błagali żebym zrezygnował, bo grozi im śmierć głodowa.. nie myci od miesięcy.. w poszarpanych ubraniach rzucali we mnie kamieniami i resztkami obgryzionych patyków, ale obiecałem sobie, że się nie poddam.. kac powoli mijał..
Nie byłem pewien, który jest rok.. miesiąc, czy dzień.. przydeptując brodę dobiegłem..
Siódmego sierpnia jest bieg na dwadzieścia kilometrów.. do zobaczenia w dwa tysiące dwunastym..