Archive for the ‘bezsenność’ Category

przetrwanie..

Tuesday, June 14th, 2011

Staram się utrzymać siebie w kręgu kultury.. ta walka o przetrwanie ma coraz mniejsze szanse na powodzenie.. staram się być chociaż krok przed twoją kanapą z piwem, której ci zazdroszczę.. staram się pomyśleć.. staram się sięgnąć po kawałki leżące gdzieś bliżej mnie .. gdzieś bliżej tego gdzie naprawdę jestem.. staram się.. jeśli mi się nie uda wszyscy będziemy musieli mi to wybaczyć – mi będzie najtrudniej..

kiedy przyjdzie będziesz musiał za nią pójść

Sunday, June 12th, 2011

- i kiedy przyjdzie będziesz musiał za nią pójść
..tylko tyle?
- kiedykolwiek przyjdzie – będziesz musiał za nią pójść
..nie ma problemu
- kiedykolwiek
..a w zamian za to?
- wszystko czego chcesz
..wszystko?
- wszystko

Nie sztuką jest zawsze przychodzić  nie w porę. Nie sztuką jest nie przyjść wcale. Sztuką jest przyjść wtedy gdy wszyscy modlą się, że właśnie to się nie stanie. Piję kawę, bo picie kawy o tej porze nigdy niczego dobrego nie przynosi ale czasem przynosi nieco mniej złego niż jedenasty browar. Jest środek nocy, jest koniec, jest początek. Jest dziś.

Polubiłem krótkie zdania. Chyba nawet nie tak dawno. Chociaż nie potrafię sobie przypomnieć kiedy to było. Był taki okres w moim życiu, nie pamiętam dokładnie kiedy się zaczął – pamiętam, że skończył się jesienią 2008 roku. To był okres kiedy jeszcze mogłem polubić takie rzeczy. Był. Za krótki.

Jest off-line i próbuję to zapamiętać i wiem, że nic z tego nie będzie. Staram się wbić sobie w łeb to zdanie.. ‘kiedy przyjdzie będziesz musiał za nią pójść’ ..nie będzie z tego nic więcej.

Nic. Jest nieczynne, nie piję kawy, w życiu nie wypiłem jedenastego piwa, nawet jedenaste piwo w życiu musiałem wylać, bo inaczej..

Jestem w środku, jest zamknięte. Nie chcę wyjść.

Był taki projekt kiedyś  – ten projekt jest już prawie gotowy – błąd -  jest skończony. Brawo!? O tak. Jest skończony – bo go nie będzie. Miałem taki katalog z plikami wrzuconymi luzem, gdzie przez lata pomysły obrastały kurzem. Wszystko co miało wyglądać na kompletne i skończone właśnie takim teraz jest. Nie będzie dalszego ciągu.

Było też kilkanaście skończonych projektów, gotowych, wrzuconych, sprzedanych. Było mnóstwo wypracowanych patentów. Dziś wszystko trzeba zrobić od nowa.

Ile to jest dziesięć lat? Odkładania, odsuwania, niekończenia. Kłamstw, że kiedyś wszystko da się doprowadzić do końca, dopisać, poprzeklejać z różnych miejsc. Wziąć do ręki znów stare szkice. Spiąć w całość. Na szczęście ‘prawda was wyzwoli’ a prawdą jest, że nie ma już czego sklejać  – nic nie zostało. Dziesięć? W zasadzie czternaście, może więcej, może mniej.

Milion razy chciałem się tego pozbyć. Wyzwolić od tysięcy niedokończonych zadań, rysunków i zdań. Milion razy chciałem przeciąć ostatnią z lin. Dryfować do byle-dalej-stąd. Uciec.

Można? Można! Tylko co dalej?

Nie mów mi, że u Ciebie kiedyś też tak było – bo na pewno nie było tak.

Bezruch..

Wednesday, June 8th, 2011

Ten bezruch jest jak sen, jest prawie jak śmierć. Ten bezruch jest jak powolne konanie na brzegu bezludnej wyspy. Na ciepłym piasku.

Ten bezruch jest idealnie trwały. Wieczny jak dożywocie.

Przeszywa mnie tysiąc obrazów, każdy taki sam. Przeszywa mnie miecz zemsty i żalu. Miecz kary. Tysiąc cięć przeszywa mnie od lewego ramienia w stronę resztek wątroby. Tysiąc cięć. Nie czuję żadnego z nich. Próbuję je poczuć z całych sił, spowalniam i przyspieszam kolejne. I nic.

Próbuję poczuć ból wyrzutów martwych dni zamiast bólu, który miażdży resztę ciała. Prawdziwego bólu który uwięził mnie w tym bezruchu – rozsypanego jak szczątki miażdżone imadłem. Złączone tym bólem i niczym więcej.

ta chwila..

Monday, January 3rd, 2011

Przekonaj tę chwilę, że jest ważna, żebyśmy mogli poczuć jej powagę.. by w jej obecności było nam głupio, że patrzyliśmy w okno.. gdzieś indziej, w niebo.. żebyśmy mogli znów poczuć wstyd.. na chwilę poczuć się znów ludźmi..

Przekonaj tę chwilę, że jest tylko dla nas.. skupionych na nieważnych sprawach.. w pośpiechu.. bez chwili wytchnienia.. bez szans – na zrozumienie, na dystans.. na cień prawdy..

Powiedz im kto znów ma racje, kto widzi lepiej.. widzi więcej niż wszystko.. kto poświęcił czas, żeby im pomóc chociaż nie wiedzieli o tym.. powiedz im kto jest zawsze dla nich, nawet gdy tego nie chcą.. kto powie im znów, że się mylą.. spokojnie, pokornie.. brutalnie i bez sensu..

Powiedz im.. mnie nie będą słuchać.. ja znów się mylę, nawet gdy chcę jak najlepiej.. nawet gdy poświęcam czas, by zobaczyć.. zobaczyć cokolwiek..

I suck at 15K

Saturday, June 26th, 2010

Początek był prosty jak zwykle – byłem zbyt zmęczony, by spokojnie zasnąć.. oglądałem coś na BBC i trafiłem reklamę Territorial Army.. dokładnie na program treningowy przygotowujący do rekrutacji – było to w czasach IV RP, gdy za mniejsze rzeczy dostawało się zarzuty o szpiegostwo.. pomyślałem jednak, że skoro nie zmieniłem kanału podczas reklamy to i tak już mnie mają.. jeśli się nie boisz to program jest tu ..szykuj się na czapę zdrajco! Warto też przeczytać też ogólne info..

Program jest umiarkowanie intensywny, jeśli potrafisz poruszyć dwoma częściami ciała jednocześnie i nie dostać zadyszki.. to żaden wstyd.. dieta kawowo-nadgodzinowa sprawia, że ja dostaję.. no dobra, to jest wstyd..

Od tej pory, gdy nie mogłem spać, biegałem w nocy po Parku Szczęśliwickim..

Po kilku tygodniach pobiegłem 40minut (bez przerwy) i przebiegłem 10 kilometrów.. i czułem, że jest zajebiście.. że nareszcie znalazłem zajęcie, które sprawia mi radochę i nie wiąże się z żaden sposób z zarabianiem kasy.. pomyślałem wtedy, że mógłbym się dogadać z ziomem, który produkował napoje energetyczne na sponsoring i pojechać na Jamajkę, żeby wystartować w IronMan’ie.. zrobić wreszcie coś, co chciałem zrobić zawsze.. tyle było robienia czegoś nie myśląc o tym, jak przekuć to w biznes..

Jakiś czas wszystkie ważne dla mnie rzeczy układały się dwutorowo.. jedne świetnie.. inne fatalnie.. skończyło się tak, że wróciłem na yellonky i próbowałem jakoś dopasować te dwa tory do siebie.. chociaż wszystko co robiłem zmierzało w odwrotnym kierunku..

Gdzieś tam zawsze siedziała we mnie myśl, żeby wystartować w IronMan’ie lub chociaż pobiec w maratonie.. jeśli maraton to na pewno pierwszy w Warszawie.. ostatni rok nie sprzyjał jednak przygotowaniom.. po przerwaniu akcji #iwillrunamarathon i przejściu na forex nie było czasu na nic.. w tym nie było lepiej.. jednak jeśli nie teraz to kiedy? ..więc właśnie.. teraz..

Do maratonu zostało niecałe 100 dni.. najwyższy czas ruszyć z przygotowaniami.. kondycja i stawy są w takiej formie, że pewnie nie będzie już lepiej.. ale `nic-to`..

Plan był prosty: 20 minut biegu, 2 minuty marszu.. oszczędzanie kolan przede wszystkim.. odnowiona kontuzja w zeszłym roku zamknęła temat dwa miesiące przed startem..

A teraz jak było..

Wieczór przed startem po pierwszym meczu i czterech browarach powiedziałem, że nie mogę się dziś skatować, bo jutro bieg ..i muszę się tam dostać samochodem.. jednak trochę się skatowałem.. w sobotni poranek ze strasznym kacem postanowiłem, że jednak się nie wycofam ..z pomocą Ukochanej dotarłem na start i zapisałem się..

Podczas rozgrzewki traciłem oddech i myślałem, że głupio by było jeszcze przed startem się wyjebać.. próbowałem wolniej.. pomyślałem, że `nie dam się wkręcić w chorą manię rywalizacji` :D i w zasadzie to zdanie było wystarczającym osiągnięciem jak na ten dzień.. ale to jeszcze nie był koniec..

Spokojny spacer na miejsce startu.. rozciąganie.. rozgrzewka.. i wreszcie ruszamy.. tempo na początek ok.. kręci mi się w głowie, ale myślę, że dam radę.. wtedy nagle peleton przekroczył linię startu i zaczął biec.. oszfak!

Cały czas powtarzałem sobie, żeby się nie dać wkręcić.. żeby pamiętać o planie.. biegłem 20 minut.. i zacząłem iść.. w dwie minuty wyprzedziła mnie połowa ludzi, których minąłem od startu.. biegłem dalej.. po 10 kolejnych minutach wróciłem do marszu.. później biegłem w rytmie 2 minuty biegu.. 1 odzyskiwania przytomności w marszu.. itd.

Najpierw wyprzedzili mnie wszyscy.. później wyprzedził mnie jeszcze gość, który wyglądał jakby przeżył sześć zawałów.. później gość, który wyglądał jakby właśnie miał zawał.. gdy mijał mnie drugi raz na jego ramionach wisiał ratownik i prowadził reanimację.. spojrzałem zazdrosnym okiem na kroplówkę ale ratownik ze strzykawką w zębach syknął do nie nie możemy się wkuć, bo opary twojej krwi mogą wywołać zapłon.. biegłem dalej.. mój odwodniony, pozbawiony cukru i przećpany hiperwentylacją mózg zaczął odpływać..

Maszerowałem spoglądając za siebie i starając się utrzymać dystans przed goniącym mnie peletonem (bieg był na pięciokilometrowej pętli, którą pokonywaliśmy trzy razy).. kiedy znów wszyscy mnie wyprzedzili trochę odetchnąłem i mogłem zwolnić.. wtedy wyprzedziło mnie dwóch złomiarzy, którzy nieśli kiosk.. chwilę po nich doszło mnie dwóch żołnierzy, którzy pchali czołg.. walczyłem z nimi chwilę ale opadłem z sił gdy usłyszałem dialog..

.. byłoby chyba szybciej gdyby gąsienice się obracały
- to chyba bez znaczenia – i tak go pchamy bokiem

..na drugiej pętli zdyskwalifikowano drugiego zawałowca za brak pulsu na pomiarze międzyczasu – protestował ..tymczasem ja zastanawiałem się co mógłbym zrobić, żeby nie być ostatni.. pierwsza moja myśl była świetna – chociaż nierealna – bo wymagała, żebym kogoś dogonił.. oczywiście nie po to, żeby utrzymać przewagę tylko ukraść mu numer startowy i przypiąć go ukradkiem jakiemuś spacerowiczowi, który szedłby w przeciwną stronę – istniałaby więc szansa, że jeśli dziś nie zawróci to może dotrze na metę po mnie.. jednak jedyny spacerowicz jakiego spotkałem dokarmiał mrówki.. tak MRÓWKI.. tak.. tak.. TAK! DOKARMIAŁ! ..wyglądał zbyt normalnie jak na biegacza.. był mało wiarygodny..

Opadałem z sił.. wyprzedzały mnie pachołki oznaczające zakręty.. wolontariusze wskazujący drogę ..i PRZYSIĘGAM! DRZEWA! ..nawet te powalone.. robiło się ciemno.. biegłem coraz wolniej .. ziemia pode mną zaczynała się cofać.. liście żółkły i opadały w zawrotnym tempie.. w miejscu gdzie była meta kończyła się budowa nowego osiedla.. zostało już tylko jedno okrążenie.. przyspieszyłem..

Za pierwszym zakrętem zobaczyłem konających biegaczy błagających o szybszą i mniej bolesną śmierć.. czołgali się jednak szybciej ode mnie.. nawet ci wielokrotnie postrzeleni z pistoletu startowego.. w ciemnościach błyskały kolejne wystrzały i cichły pojękiwania..

Gdy zaczęło świtać zastanawiałem się, czy nie przegapiłem Wigilii.. biegłem w głębokim śniegu.. ludzie wskazujący drogę błagali żebym zrezygnował, bo grozi im śmierć głodowa.. nie myci od miesięcy.. w poszarpanych ubraniach rzucali we mnie kamieniami i resztkami obgryzionych patyków, ale obiecałem sobie, że się nie poddam.. kac powoli mijał..

Nie byłem pewien, który jest rok.. miesiąc, czy dzień.. przydeptując brodę dobiegłem..

Siódmego sierpnia jest bieg na dwadzieścia kilometrów.. do zobaczenia w dwa tysiące dwunastym..

nie zmieniaj kurwa tematu..

Thursday, March 18th, 2010

..miałem sen na temat pewnej nowej technologii, która umożliwiałaby transfer pewnej ilości danych zmysłowych – do użytkownika – dla tej wersji łatwiej stworzyć skuteczny model biznesowy.. technologia pozwalałaby na transfer odczuwania przestrzeni, wrażeń wzrokowych, słuchowych.. pewnego rodzaju zdalną obecność..

..z jednej strony daje to nowe możliwości tworzenia sztuki i “rozrywki” “pod taką technologię” z drugiej pozwoliłaby na uniknięcie w przyszłości takich dialogów:

..nie ma Pani wrażenia, że w kolejnych Pani pracach coraz trudniej jest ukryć źródło inspiracji ..że Pani przeciążone sumienie podświadomie dąży do przyznania się, robi Pani wszystko by w końcu dać się złapać.. (?)

– czuć od pana alkoholem

..Pani też pracą nie śmierdzi..

dziewiętnasta muza..

Sunday, March 7th, 2010

..ostatnio często bywam w teatrze – staram się teraz uciec od wszystkich zakończeń tego zdania jakie nasuwa rewolucyjna logika – i o ile nie pokusiłbym się o pisanie recenzji, bo z braku wiedzy i umiejętności powstaje bagno frustracji.. ale pomyślałem, że mógłbym opisać swoje wrażenia.. co mogłoby być nawet ciekawe gdybym tylko pominął wszystkie fragmenty podobne w treści do: `w tym teatrze byłem pierwszy raz, więc nie mam odniesienia` oraz `z tym utworem spotkałem się jedynie w tej formie, więc trudno mi cokolwiek więcej o nim powiedzieć`..

..a ty! ..tak ty!.. pamiętaj, że ten się śmieje, kto nie wali postów na pałę z wikipedii..

pro-life

Friday, March 5th, 2010

somewhere in between..

..znów był wieczór i znów najebany człowiek-depresja zaczepiał mnie na schodach..

..czy ja nie umiem chodzić, czołgać się, siedzieć lub leżeć na schodach tak, żeby mnie nie zaczepiać? – meh – off-topic..

..znów mówił o rzeczach, które chciałby zrobić, gdyby miał czas.. o tych wszystkich rzeczach, które ciągną cię tak pro-life.. sprawiają, że miło jest wstawać rano i dobrze się czujesz gdy zasypiasz..

..człowiek, któremu 8 godzin każdej doby zabiera zupełnie zbędne trzeźwienie nie będzie miał nigdy czasu na rzeczy, które sprawią, że będzie bardziej pro-life.. głównie dlatego, że wystarczy z tego trzeźwienia zrezygnować i całe pieprzone pro-life nie będzie już potrzebne..

..ja z resztą – w tych tematach – byłem zawsze jednak bardziej pro-choice..

..jesteś jedną nogą na dobrej drodze.. tylko którą?

“too much of anything makes you an addict”

Tuesday, December 1st, 2009

Podzieliłem wszystko na dni i tygodnie, rozpisałem, pokreśliłem i dodałem notatki.. myślę o tym non-stop, o każdym kroku, o każdym kawałku.. na razie nic się nie udaje.. z niczym się nie wyrabiam.. ale i tak jest odrobinę lepiej.. troszeczkę.. tak na granicy błędu..

Czekam.. obserwuję i siedzę na rękach.. patrzę, czytam, liczę i myślę.. myślę o tym non-stop ..chociaż nic się nie udaje..

Wczoraj było właściwie rewelacyjnie.. więc dziś może być tylko lepiej..

pamiętam

Sunday, October 9th, 2005

..pamiętam jak kiedyś był czwartek.. tłumaczyłem komuś, że to wcale nie tak jak wszyscy mówią.. i, że nie potrzeba to tego jakiś mega środków.. meta-turbo-micccubiszi-koksu.. ani nic takiego.. ze wystarczy kawa i można funkcjonować tak długo jak ma się na to ochotę i nie ma z tym problemu i jest super.. bo uczucie jest takie jakby się żyło dwa razy dłużej i bardziej efektywnie i jakoś tak w ogóle ‘bardziej’ się żyło..

..wtedy wstałem jakoś w poniedziałek niezbyt wcześnie, bo byłem chyba chory, co zdarzało się często, gdyż nie chciałem już od kilku dobrych lat chodzić do szkoły.. wiec chorowałem i głównie był spokój.. aż do chwili, gdy się kończył..

..to były czasy, gdy jeszcze Nas powtarzał wciąż, że ‘sen jest kuzynem śmierci’ ..choć minęło już trochę czasu od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego.. wszyscy byliśmy jeszcze trochę ‘n.y. state of mind’..

..wtedy w czwartek był tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy a ja nie spałem osiemdziesiąt dwie godziny głównie grając w quake’a 2 jako BlunT, później razem z mlaskiem grałem w =[SHT]= (Saddam Hussein Troopers), jako r10t.. i to był chyba szczyt formy.. później były biedne czasy po trudnych przejściach i dramatycznym spadku formy grałem jako Yo’Mamma ..i było dobrze (Player ate Yo’Mamma’s rocket) ..później Ser w plastrach ciął wszystkich na serwerach astera w plastry .. i było coraz gorzej.. wiadomo już było, ze stoły zostały rozmienione na drobne w nocnych sklepach z alko wszelkiej maści.. wiadomo już było, ze nie będzie ASP ..nie będzie architektury.. ale jeszcze jakoś szło..

..więc był ten tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy a ja nie spałem osiemdziesiąt dwie godziny i opowiadałem o tym komuś, że ‘sen jest kuzynem śmierci’.. i że ja wygrałem.. był czwartek..

..tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy był dobrym rokiem jednak, bo.. A Tribe Called Quest wydal The Love Movement, Beastie Boys wydali Hello Nasty, Gang Starr wydali Moment of Truth, Lauryn Hill wydala The Miseducation of Lauryn Hill.. był też początek Eminema, który wydawał się jakiś inny.. później DJ Shadow & Cut Chemist wydali Brainfreeze.. Mos Def — Black on Both Sides, Nas — I Am.. ale to było później.. był już tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty..

..w czwartek rano mijałem śmietnik, na którym graliśmy kiedyś w mały basket.. i coś mówiło, że tak już będzie zawsze.. że wyspie się po śmierci.. że noce są jednak lepsze, bo mniej ludzi przeszkadza w pracy i w życiu.. i chociaż Muniek śpiewał, że ‘nocą ulice są złe’ ..nocą wszystko było jakoś lżejsze.. nie trzeba było się przepychać w kolejkach.. można było wszystko robić po swojemu.. siedzieliśmy na ławkach coraz rzadziej ..ale nadal nienawidziliśmy policji a świat był niesprawiedliwy i nienaprawialny.. i mimo tego wszystko ..miało się jeszcze ułożyć..

..dwa tysiące nieprzespanych nocy później znów byłem tam pod tym śmietnikiem w drodze do sklepu, który należał znów do kogoś innego.. wtedy nie było już quake’a.. był photoshop i 1st page 2000 i scena i znani-polscy-designerzy.. i jakoś znów wszystko nabierało kształtu..

..później była praca, której nie można było nie nienawidzić.. i tylko ludzie, którzy byli tam powstrzymali masowe mordy wśród menadżerów średniego szczebla.. były nocne jazdy samochodem wszędzie gdzie tylko dało się dojechać a jednak zawsze w granicach miasta, które wtedy jeszcze było trochę moje i trochę jeszcze je kochałem.. trochę..

..ale wszystko się kiedyś kończy.. nawet bezsenność..